“Like za like?” Już nigdy tego nie zrobię.

Gdy słyszysz sformułowanie „like za like” to pewnie uśmiechasz się z lekko szyderczą miną. Oczywiście, że też byś nigdy tego nie zrobiła. Kojarzy nam się to z profilami 15-latek, które chcą zrobić sobie „fejm” pod „selfie”.

Ale czym jest zapraszanie na swój fanpage ludzi, którzy nie mają z nim nic wspólnego?
Kiedyś wzięłam udział w pewnym eksperymencie i sprawdziłam, jak działają tzw. „link party”. Cała idea jest dla mnie zrozumiała, ale wzięłam udział w bardziej rygorystycznej wersji. Nie wybierałam, jaki profil chcę odwiedzić (jeśli którykolwiek mnie zainteresował). Według zasad miałam odwiedzić 4 fanpage powyżej mojego komentarza. To samo tyczyło się ludzi, którzy komentowali pode mną.

Chciałam trzymać się zasad, więc posłusznie weszłam na te strony. Zasada była taka, że w każdym z tych miejsc miałam zostawić 3 komentarze (łącznie 12 dla wszystkich). Wybierałam posty, które łatwo było mi skomentować. Żaden z tych fanpage’ów nie był dla mnie i nie zostałabym jego klientką. Przy 10-tym komentarzu nie miałam już ochoty nic pisać. Teraz w myślach przepraszam moich znajomych, że zgotowałam im lawinę spamu na tablicy.

Miała być jednak druga strona medalu – komentarze u mnie. Czekałam na to, jak z takim faktem będę się czuć i jakie pozytywne skutki będą dla mojego fanpage’a. Zaczęły się pojawiać pierwsze komentarze. Zazwyczaj, kiedy komentuje mi ktoś, kto faktycznie ma ze mną jakąś relację, ogląda moje nagrania, chce optymalizować swoje działania, to bardzo jestem szczęśliwa. Cieszę się z każdego komentarza. A tutaj NIC. Oglądałam te pojawiające się komentarze i nie czułam ani ekscytacji, ani satysfakcji. Czułam się zażenowana. Te osoby wybierały (tak jak ja) zdjęcia, które najszybciej i najłatwiej można skomentować. Nikt nie skomentował naprawdę wartościowych treści – czyli nagrań – bo to wymagałoby ich obejrzenia. Wniosek? Zaprosiłam na swoją stronę ludzi, którzy absolutnie nic tam dla siebie wartościowego nie znaleźli, a nie taki jest mój cel.

Odpisałam grzecznie na te komentarze (chciałabym rzec: wymuszone, aby dostać swoje „kom”). I wyciągnęłam wnioski.
Nie będę brać udziału w tego typu link party. Owszem, czasami ogłaszam się w różnych miejscach, ale tylko z możliwością wybrania (bądź nie) miejsc, które sami chcielibyśmy odwiedzić.
Mam nadzieję, że sama też będziesz działać z myślą, że na swoją stronę warto zapraszać tylko osoby, które z niej naprawdę skorzystają.
Nie sztuczny tłum, który nabije komentarze, a potem zniknie.

A Ty? Co myślisz o takiej formie link party?

Oceń wpis